|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autorka informuje,
Czekam na listonosza
Nieobecni (chwilowo?)
Politycznie
Prywatne, proszę pukać
Silva rerum
![]()
|
czwartek, 19 stycznia 2012
... poszukuję dobrych stron i zysków wszystkiego, nie zawsze najlepszego. Taka Polyanna ze mnie na stare lata, ale cóż. Albo może: próbuję zrozumieć sens - porażek, cierpienia, bolesnych strzałów losu. Jestem najdalsza od fatalistycznego myślenia i wszelkiej magii. Patrzę rzeczowo na skutki zdarzeń. Niedawno przeżywałam rozterkę - pozostanie w pracy vs odejście. Był to dla mnie osobiście trudny czas: nie poradziłam sobie emocjonalnie, znów zaczęłam się obżerać, waga poszła w górę. I pewnego dnia doznałam nagłej świadomości, że jestem na równi pochyłej i coś we mnie powiedziało dość. Wróciła abstynencja, a z nią logiczne myśli, dalej decyzja: odchodzę. Gdy dziś spotykam moich byłych współpracowników i dowiaduję się, co dzieje się teraz - nacieszyć się nie mogę, że odeszłam. Paradoksalnie: choroba pomogła mi się ratować. Ostatnio doświadczyłam obrzydliwych, plugawych plot z ust osoby, z którą spotykałam się towarzysko. Nie ma w nich nic dobrego, a jednak przecięcie tej sytuacji oczyściło wrzód, jaki narastał. Na moich oczach dzieje się sprawiedliwość: ostracyzm wobec łajdaczki. Będąc jedną z grona ofiar oszczercy doświadczam, że nie jest on już górą. Pracowicie rozsnuty oplot plot zaczyna się rwać, a efekty - wymykać i zwracać przeciwko autorce. Czyż to nie oznacza, że jest jakiś porządek na tym świecie? Ostatni dzień konkursu na blog roku... Znajduję "koterię" w czternastej dziesiątce blogów, czyli bez szans. Ale... Ile doświadczyłam sympatii i wsparcia, to moje. Ile - interesując się konkursem - znalazłam w blogosferze perełek, tego też mi nikt nie zabierze. Wszystko ma sens...
wtorek, 17 stycznia 2012
Dobry dzień składa się z samych dobrych wiadomości, a nade wszystko zdarzeń. Pierwsze i najważniejsze to to, że moja przyjaciółka chodzi o kulach, co stwierdziłam naocznie. Narazie spacerki są po 10 metrów, jutro będzie 20, a pojutrze popędzi na maraton :-) Kurczę, jak to powiedzieć, żeby unaocznić poprawę... Przez miesiąc stan był constans, balkonik, wózek i nic więcej, a teraz nagle - hopsia, hopsia!!! Kule - to dla niej znaczy tyle, co wolność. Teraz już od nikogo nie zależy. Może sobie swobodnie wędrować po domu, a z czasem - znowu - po całym świecie. A uśmiech ma od ucha do ucha. Druga dobra wiadomość jest taka, że wyspałam się za wszystkie czasy, moja kotka Miśka wielekroć przystępowała do mnie w nocy, żeby mnie za szyję obłapić, pazurami rytmicznie pozagniatać i nasmarkać do ucha. Uuuu, cudnie... Trzecia dobra wiadomość jest taka, że sprawdziła się moja nowa pedicurzystka, nowa - po dezercji poprzedniej, z którą byłam zaprzyjaźniona i do której miałam pełne zaufanie. Niestety odeszła z interesu. Panią Basię znalazłam przypadkiem, podczas równie przypadkowej wizyty u fryzjera. Odpytałam ze sterylizacji i uzyskawszy zadowalające odpowiedzi odwiedziłam dziś właśnie. I bingo! Nikt i nic nie popsuje mi dziś humoru. Nawet tuzin popapranych plotkarek rodem z kiepskiego, skrzypiącego magla :-)
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Dziś ważny dzień, moja przyjaciółka znów poszła do szpitala, zdjęto jej gips i nawet trochę chodziła między poręczami. Słaba jeszcze bardzo, mroczki w oczach, musi siadać co parę kroków, ale widzę jaka jest szczęśliwa, bo bała się, co wychynie spod tego gipsu. A tam - ładnie zagojona rana i trochę łuszczącej sie skóry, jak zwykle w takich razach... I noga, normalna stopa, ta co to ją mieli amputować, jak mówiono zaraz po wypadku... Rentgena zrobili, podobno kości pięknie się zrosły. Zostało kilka zdumiewająco niewielkich blizn. No i krwiaki w kolanie, wciąż jeszcze. Ale to bardzo powoli się cofa i wciąż wymaga czasu. Lekarz już całkiem na luzie pogadał, rehabilitantka chwaliła, a H. jakby ją kto na sto koni wsadził... XXX zachrypiała jej przez telefon że do szpitala nie przyjdzie, bo chora, przechora! Ano padło na ten żmijowy organ; czym kto grzeszy, to mu i schorzewa: plotkowała i - proszę, mowę odjęło. Jest jednak sprawiedliwość na tym świecie. A tak się wybierała! Bo - mówiła - żeby ludzie nie gadali, że rodzina się nie interesuje! ...A przecież XXX interesuje się jak cholera, jako "najbliższa rodzina" z kurtuazyjną wizytą do chorej całe trzy razy przez tych pięć tygodni wpadła - jak akurat nie miała baseniku, saloniku, kijków, wycieczki emerytów i trzydniowych poprawin po imieninach.
czwartek, 12 stycznia 2012
... wyślij SMS o treści: A00751 na numer 7122 Uwaga! W numerze bloga znak 0 to cyfra zero. Wpisać należy kolejno: literę A - cyfrę zero - cyfrę zero - cyfrę siedem - cyfrę pięć - cyfrę jeden. Pamiętaj także, aby nie wstawiać w SMS spacji! Napisz jednym tchem: A00751
Koszt SMS to 1,23 zł brutto. Dziękuję z góry za każdy głos :-)
środa, 11 stycznia 2012
...doświadczam, że ho-ho. Nie macie (chyba) pojęcia, co się z człowiekiem robi, kiedy tak z głupia frant zgłosi swój blog na konkurs. Do tamtej daty byłam pogodnym luzakiem, a od niej wciąż mi się zdaje, że co napiszę to głupio i poniżej drukowalności. Przeglądam głowę w poszukiwaniu tematów zacnych i wiekopomnych, którymi wygrywa się konkursy, ale ich tam chyba nie ma. Jest - jak dziś - trochę smuteczku po wyjeździe Córki. Taka pustość. Jest trochę niedospania - przez pewnego kota, który po północy przypomniał sobie o bólu istnienia. Jest mała, nieustająca radość z tego, że nie muszę już do pracy, na etat, w gniazdo os, w durność i chaos. A oni tam muszą, biedaki. I tyle. Ech...
piątek, 06 stycznia 2012
...nie umiem wstawić obrazka w margines, czyli miejsce "trwale widoczne". Udało mi się wstawić we wpis - jak widać - ale gdy popłynę dalej na fali codziennych wynurzeń, obrazek przewinie się w przeszłość. Nie wiem, jaki to może mieć wpływ na udział w konkursie "Blog Roku"... Cóż, widać siła wyższa życzyła sobie jakichś perturbacji :) Dodane 7 stycznia: W czwartek 12.01.2012 o godzinie 15:00 rozpocznie się etap głosowania sms-owego. Wygląda na to, że numer, pod który można będzie słać sms-y jeszcze nie został podany przez organizatorów; domyślam się, że zostanie podany we właściwym czasie. Niezwłocznie wskażę go wówczas P.T. Czytelnikom :-) Głosowanie potrwa do czwartku 19.01.2012, a więc tylko tydzień. Brać, wybierać...
czwartek, 05 stycznia 2012
Lazłyśmy we dwie, wbrew śnieżnemu deszczowi... Ponoć salonów fryzjerskich jeden na drugim, a żadnego nie było widać. Zobaczyłam planszę w głębi podwórka i pociągnęłam córkę za rękaw. Nazwa, typu "U Czesi" zachęcająca nie była, wnętrze jeszcze mniej, a już najmniej mina fryzjerki przy najbliższym stanowisku. Jednak z naszym przybyciem ruch się zrobił jakby kto obudził królewnę Śnieżkę i ani się obejrzałyśmy, jak nas posadzono przed lustrami i ugniatanio na głowach srebrne papierki w zgrabne koperty. Potem do zakładu napłynęli: para dość podejrzana, która kazała się ostrzyc i za oba zabiegi wysupłała 33 złote, pani z grzywką po żuchwę, starowina z gęstą siwizną i zażywny jegomość, siwy i kędzierzawy zanadto. Po salonie krzątała się właścicielka, czerstwa i zasadnicza, panna z pierwszego stanowiska z muchami w nosie i żwawa uczennica, wciąż jeszcze niezmiernie chętna do wszelkich posług. Ich monologi i ruchy były dość podejrzane, córka słała mi spojrzenia o nieodgadnionej treści, a proces postępował. A potem, niemal w jednej chwili spojrzałyśmy na siebie i już wiedziałyśmy, że los wysłał nas do małego fryzjerskiego raju. Obie miałyśmy zindywidualizowane, kształtne fryzury z doskonale dobranymi blikami balajażu. Pierwszy, no, może drugi raz w życiu nie miałam ochoty zmywać głowy zaraz po wyjściu, czegoś docinać lub farbować i tłumaczyć sobie, że "no, przynajmniej ostrzyżona jestem jako tako". Nie. Było idealnie. Przypomniałam sobie wszystkie swoje wizyty w studio-Violetta, pampellini i u mistrza Stefana, do których trzeba się było zapisywać o pół roku wcześniej jak na lot kosmiczny lub na wizytę u światowej sławy profesora brombologii tuftonologicznej. I jak tu nie wierzyć w Siłę Większą od mojego rozumu i rozeznania? Rzekł Pan: niech ta lebiega wreszcie trafi do kogoś, kto ją ostrzyże jak trzeba! I zesłał wiatr i śnieg z deszczem i kulawą planszę na szarym podwórku.
sobota, 31 grudnia 2011
Radośnie przyniosłam mojej przyjaciółce filiżankę: takuteńką jak ta, co pękła. Były bowiem dwie, takie z małymi kwiatuszkami, jak z dzieciństwa. Kiedyś je przyuważyłyśmy będąc na zakupach, kupiłyśmy i lubiłyśmy bardzo. Bo jest coś szczególnego w cienkiej porcelanie... Pytam, gdzie ta pęknięta. - A, chyba kazałam XXX wyrzucić. - Na to ja: o Boże, teraz rozpowie po mieście, że ci wytłukłam serwis. Czy cierpię na paranoję?
piątek, 30 grudnia 2011
No i finis. Wydałam imprezkę pożegnalną huczną, bogatą, wedle obyczaju. Dostałam oficjalne kwiaty i kilka serdecznych prezentów, usłyszałam kilka bardzo miłych słów. Pani kierownik zaszczyciła, zanim umknęła. W zaproszeniu jej widzę swoją dojrzałość (by nie powiedzieć: przystosowanie), ale imprezka była pomyślana tak, że po pół godzinie pani kierownik i tak wyjedzie do M. i można będzie pogadać w swoim gronie. Ku mojej radości (i zdumieniu) przybył personel biały w komplecie i wsuwał tort aż się kurzyło. Tort, rozumiecie. U mnie, żarłoka... Ale ja jadłam tylko pomarańcze :-) No i znowu jestem na emeryturze. Coraz lepiej idzie mi przechodzenie na nią. No i nic dziwnego: nabieram wprawy, to był już drugi raz. Biiiiiiis!
niedziela, 25 grudnia 2011
No i co z tym moim chrześcijaństwem? Wybaczać 77 razy? Nadstawiać drugi policzek? Nie chcę, nie umiem. Nie chcę. Ale zastanawiam się. No bo skoro ja tej kobiecie nigdy żadnej krzywdy nie zrobiłam, a ona mnie zaszczyciła publiczną obmową, świadomym poniżaniem w ludzkich oczach - to mam się uśmiechać przymilnie? Udawać, że się nic nie stało, dalejże, kochana, przywal mi jeszcze trochę! Może rozgłoś że jestem chora na coś paskudnego, żeby się ludzie raźno odsuwali, może zgłoś swoje wymysły na mój temat policji albo urzędowi skarbowemu... Nie żałuj sobie, siostro moja w Panu... Tymczasem jednak, myślę sobie, rzeczy pozostaną jak były. Oszczercom ręki się nie podaje, do domu za próg nie wpuszcza, a kto by tak robił, ten akceptuje zaprzaństwo. Ja - nie. I żadna okoliczność, żaden rytuał opłatkowy tego nie zmieni. Zmienić to może jedynie głębokie zawstydzenie i przeprosiny ze strony winnego. A tego raczej się nie spodziewam.
piątek, 23 grudnia 2011
Mruknął, że ma się dobrze, przywiązał się do nowych państwa, a oni do niego. Jest zdrowy i wesoły, bawi się z Filusiem, i - a jakże! wciąż nazywa się Czwartek! Z panią Czwartusia życzyłyśmy sobie wesołych świąt...
wtorek, 20 grudnia 2011
Chwila, chwileczka. Kilka pospiesznych poranków i za wczesnych zmierzchów. Świerczek, co z trudem zmieści się do auta. Oprawianie drzewka, żeby stanęło w antycznym krzyżaku. Światełka. Jakaś ryba, jakieś sianko, jakiś obrusik czerwony z zieloną lamówką. A potem kolejne dni, coraz dłuższe.
sobota, 17 grudnia 2011
...H. po kolejnej kardiowersji. Zapowiedzieli: ostatnia. Potem puszczą na niemiarowość utrwaloną. Jej brat tak ma, moja siostra tak ma, jej siostra miała (póki żyła), matka i ciotka, bez mała wszyscy. Parszywy gen. Jakby było mało wypadku. Jakby było mało XXX, parszywej, zazdrosnej, materialistycznej, skłonnej do wszelkiego świństwa duszyczki. Jakby było mało mojej trudnej decyzji o odejściu z pracy. Jeszcze to. Jeśli ktoś jest zadowolony, to moje koty. Mogą dziś zwinąć się w kłębek w zagięciu moich kolan albo przytulić do ramienia i mruczeć do rozpuku. Do rana. Powiedziałam jej prawdę w oczy. Powiedziałam wprost, że jest plotkarą, oszczercą i że takich ludzi się brzydzę. Podałam przyklady jej "wypowiedzi". Napomknęłam o możliwości procesu. A ona wielkie oczy: nie zamkniesz mi ust, mogę mówić co chcę. Bajka? Nie. Europa. XXI wiek. Jeszcze nigdy wcześniej nie oświadczyłam nikomu, że "to koniec naszej znajomości". Teraz to zrobiłam. Nie jestem asertywna, o nie. Ale o ileż czystsze powietrze!
piątek, 16 grudnia 2011
Bo miarka się przebrala. Wróciły do mnie ploty rozsiewane przez XXX. Niskie, wstrętne ploty obrazujące co w głowie XXX jest priorytetem: kasa. Pazerni posądzają innych o pazerność, nielojalni o nielojalność, rozwiąźli o rozwiązłość. Tak już jest. No, to ostatecznie czyści sytuację. Pani XXX może zabrać z piaskownicy swoje zabawki, plotki i całą swoją doskonałość, bułki, bibułki, ą i ę. Ja jej już oglądać nie chcę. Bo się brzydzę.
niedziela, 11 grudnia 2011
Rekonwalescencja mojej przyjaciółki postępuje, od piątku jest w domu. Co dom to dom. Własna toaleta, domowa kuchnia, materac mięciutki i karmnik za oknem... Choć nadal wózek i balkonik. Po domu chodzi biały wełniany kot. To ziewnie, to groszków poje. Dom. No to teraz jest tak. Mieszkam sobie na dwa domy. Wpadam do mojej dziupli oszukać koty że jestem, mieszkam, a jakże. Pranie sobie zrobię i jakiś posiłek abstynencyjny, poszumię, potarmoszę futra, a potem lecę do H. I jeszcze do pracy, ale to już niedługo. W międzyczasie zaliczyłam akcję z Kotem-Czarnym-Jak-Smoła, którego moja dobra sąsiadka dokarmiała na cmentarzu. Znalazła mu dom, ale nowa pani chciala kota kastrowanego. No to wespół i przy pomocy weterynarza pana Jacka dostarczyłyśmy jej żądanego zwierzaka. To kolejny kot domowy zagubiony vs wyrzucony, który poszedł pod dach. Niech mu się dobrze dzieje, biedakowi, rok się błąkał...
czwartek, 08 grudnia 2011
Tak więc ostatecznie wyszło szydło z worka: ja "z innej bajki" jestem niż XXX, powiedziała. Byłaby to prawda, cała prawda i tylko prawda, gdyby to nie była zmyła. Zmyła, żeby powiedzieć cokolwiek zamiast tego, co tkwi głęboko w zranionym sercu: znajda jakaś się szarogęsi, skąd się ona w ogóle wzięła, w łaski cioteczki się wkradła i już kontem dysponuje! W szpitalu od rana siedzi, we wszystko się wtrąca, mailiki głupawe wypisuje, nawet jeździć autem nie umie, wielka terapeutka z niej w tym - phi! - seicento, cha cha! Ojezu. Więc z takimi emocjami i relacjami towarzyskimi to ja ostatnio obcowałam gdzieś przed ukończeniem 11 roku życia, na przerwach w bydgoskiej szóstce. Potem już przyglądałam się ludziom z uwagą, starając się rozwijać empatię (nawet mi do głowy nie przyszło, że to się tak nazywa) i unikałam inwektyw typu wielka nauczycielka. No ale tak mam. I co robić. Jeszcze nie raz uśmiechnę się do XXX z głębi mojej bajki, w której wilk tylko nastraszył babcię (przenigdy jej nie zjadł!) a potem grzecznie przeprosił i żyli długo i szczęśliwie.
niedziela, 04 grudnia 2011
dziewiętnaście dni roboczych. Po jutrzejszym będzie już tylko osiemnaście. Osiemnaście dni, jak je złożyć do kupy to nawet nie będzie trzech tygodni :-) Kilka fajnych osób zniknie z mojego na codzień. Szkoda. Może będziemy się widywać na damskich spotkaniach. Takich w knajpce. Chcę wydać pożegnalny bal, ale to później, jak moja przyjaciółka stanie na nogi (dosłownie!), jak już się ją da przywieźć do mojej dziupli bez wózka. XXX zbiesiła się ostatecznie, nadal nie wiem co ma do mnie, ale słyszałam że zamierza się ze mną "mijać" w opiece nad H. Trudno. Już mi się nawet nie chce pytać, dlaczego. Jeszcze tak źle nie jest żebym kogoś błagała o przyjaźń. Za to nie będzie problemu z wigilią, bo obie z H. jesteśmy w silnej abstynencji od żarcia, i pewnie spędzimy wieczór wigilijny radośnie i w spokoju, bez pokus. Siedzę wieczorem w mojej dziupli, jest ciepło, Kuba mruczy rozgłośnie - i ze wszystkim się zgadzam, wszystko akceptuję. Jest OK.
poniedziałek, 28 listopada 2011
i to dużo. Moja przyjaciółka w pełni stabilna, wyniki dobre, wraca jej chęć do życia... Teraz sprawnie dyryguje ze szpitalnego łóżka remontem łazienki i sprawami związanymi ze zbliżającym się powrotem do domu. Wózek, balkonik, kule - wszystko czeka, ściślej wózek i balkonik są już używane. Wreszcie widać postęp we wchłanianiu się rozległych krwiaków. I postęp właściwie we wszystkim. Moja akcja chyba przyniosła efekt: XXX zachowuje się wobec mnie bez fochów; nie wiem: czytała mojego maila czy nie, bo odpowiedzi nie było, ale od wczoraj wyraźnie cieplejszy kurs, gdy się mijamy w przelocie. I kolejny dzień mojej pracy na boku. Ja już jak żołnierz z centymetrem... Dziś mnie ktoś zapytał, czy ja naprawdę od stycznia odchodzę, czy może złożyłam wypowiedzenie bo czekam na propozycje. - Naprawdę! - odpowiedziałam, dodając że te propozycje musiałyby być wyjątkowo apetyczne, a takich się tu od nikogo nie spodziewam. Potem zrobiłam sobie taki test według porady w piśmie Sens, dla tych co się chcą uwolnić od swojego toksycznego miejsca pracy. Wyszło mi (nie wdając się w szczegóły), że dla mnie najlepsze jest siedzieć w domu i malować obrazy. O czym myślę z coraz większą aprobatą :-)
sobota, 26 listopada 2011
XXX lubi mnie coraz mniej. Nie będę się domyślać dlaczego, to wie ona, ja o domysłach nie piszę, ino o faktach. Wczoraj fuknęła jak kocica gdy się dowiedziała od H. że ja mam dokonywać pewnych płatności z konta H. Biezabrazje... (bukwami byłoby ładniej, ale nie mam na klawiaturze). A potem było tak: H. zdecydowała się wielkim biegiem zlecić remont łazienki: wywalić ściankę, poszerzyć drzwi, tak żeby móc wózkiem wjechać i umyć się wygodnie i z wc skorzystać o balkoniku. Pewnie ją za jaki tydzień wypiszą ze szpitala no i jakoś musi w tym domu funkcjonować. Poprosiła XXX, żeby zaszła tam z majstrem po południu. Potem jeszcze rozmawiała ze mną i w tej rozmowie uszczegółowiła zakres prac: żadnego brodzika! Trzeba trafu, że byłam w mieszkaniu H. gdy przyszli bo miałam tam akurat inne zadanie i usłyszałam rozmowę XXX z majstrem, również o brodziku. Więc przekazałam obojgu najświeższą wiedzę na ten temat. W najlepszej wierze przecież: wszystkie ręce na pokład. Na to XXX z nie skrywaną irytacją: to ja już się wyłączam! Bo tu za dużo jest pośredników! - i popędziła do kuchni. Wzięłam co miałam zabrać, ubrałam się i pożegnałam. Czy ja zwariowałam??? Co do kurzej nędzy robię źle? Potem w szpitalu, gdyśmy się spotkały pod wieczór, powiedziałam jej, że bardzo mi było przykro w tamtej sytuacji. Wreszcie dziś rano napisałam do niej maila w którym wyłożyłam, jak na rowie, że potrzebujemy we trzy przynajmniej grzecznych, jeśli już nie przyjaznych kontaktów; że dla nas obu będzie jeszcze sporo do roboty, zanim H. stanie na nogi i dobrze byłoby współpracować a nie okazywać sobie nieprzyjaźń lub się unikać. Że ja z nią o nic nie konkuruję, moja rola inna i jej też, a na obie jest miejsce. I skoro H. ma do nas obu tyle zaufania, że obie prosi o operacje bankomatowe i bankowe, to ja się z tego zaufania cieszę i nie życzę sobie zachowań, które można wziąć za podważające moją uczciwość. Bo nie jestem złodziejem - napisałam dla jasności, gdyż może nie wie. No i zobaczymy. Generalnie cudza złość, zwłaszcza tak egzotycznie bezsensowna, mi lata. Ale dla świętej zgody spróbowałam.
|